Wieczorynka #4


Wieczorynka #4

Zapraszamy do posłuchania naszego wieczornego podsumowania dnia!

V, VI, VII – z5pln

Uch, przepraszam za dość długą ciszę w eterze z mojej strony, ale primo – koleżanka przyjechała w odwiedziny, secundo – „wszystkie kary na mnie idą”. Czytaliście już o zębie, right… ? Czytaliście. Uprzejmie informuję, że w nocy z piątku na sobotę zaczepiłam kopytkiem o łóżko i wyrżnęłam orła, za którego przyznanoby mi 3 dziesiątki, gdyby istniał program pod tytułem „Wypieprzaj się ze żmijami”. Efekt? Rozcięty cudownie łuk brwiowy („Zszywać? Eee tam, nic mi nie będzie!”). Wprawdzie głęboki fiolet spuchniętej powieki przepięknie kontrastuje z moimi naturalnie zielonymi oczętami, ale boli, co upośledza dość mocno moją mimikę, a w przyszłości zaowocuje przepiękną blizną. Dalej: telefon z dnia na dzień przestał działać. Po prostu stwierdził „ja to pierdolę” i się nie włączył. Mało? Jest ciąg dalszy – dziś dopadła mnie najbardziej kobieca z kobiecych przypadłości, dzięki czemu co jakiś czas zwijam się w uroczy, rudy kłębuszek i mam ochotę zadzwonić (gdybym miała z czego) do rodziców i nie przebierając w słowach „podziękować” im za to, że nie spłodzili mnie mężczyzną.

Ale wynagrodzę Wam, bo dziś będą łazanki z cyckami, o tym za moment.

Najpierw po krótce rzecz o papierosach i utensyliach łazienkowych. Papierosy – na sępa (no i znacznie ograniczyłam), utensylia – dziś z roboty podpierdzieliłam rolkę srajtaśmy, na jakiś czas powinno wystarczyć ;).

A jedzenie?

W piątek były ruskie pierogi z zamrażalnika (ze 3 tygodnie już tam leżały, może nawet lepiej, bo zjadłam wszystkie z mięsem, a na ruskie jakoś nie miałam ochoty), odgotowane w solidnie posolonej wodzie do konsystencji bardzo miękkiej, z uwagi na zęba. I powiem Wam – dobrze, że wcześniej ich nie zjadłam, bo były pyszne. PYSZNE. Holy crap, do tej pory aż mi przyjemnie, jak wspomnę, jak smaczne były.

W sobotę zahaczyłam o pobliskie Tesco i poszukując w miarę smacznego, taniego, a na dodatek miękkiego żarcia, dorwałam kilogram łazanek z grzybami za 7,99. I powiem Wam – dało się to zjeść po doprawieniu, chociaż fajerwerków nie było. Łazanki zostały na patelni dosolone i posypane mieloną papryką (nic innego nie miałam) i skonsumowane – bez ochów i achów, jak na mój skromny gust to troszkę zbyt tłuste. Jeszcze zostało na kolejny posiłek, w końcu kto normalny wtranżoli kilogram łazanek… ? Obiecane łazanki z cyckami:

A dziś? Dziś właśnie skończyłam jeść zakupione również w Tesco pyzy z mięsem na wagę, 3,99 za kilogram. Od dawna mnie kusiły ceną, aczkolwiek  jakoś nie miałam zaufania od wyrobów marki Noł Nejm. Na kilo pyz weszło jakieś 18 sztuk, odgotowałam sobie 5, co okazało się porcją za dużą jak na skurczony już żołądek, jako że pół jednej pyzy jeszcze leży na talerzu. Dla Waszej informacji – są dość niezłe, ale oszukane, bo na owe pięć skonsumowanych sztuk dwie trafiły się bez mięsa. Jeszcze jedno ostrzeżenie – są zaskakująco pikantne, mnie to akurat odpowiadało, ale nie każdy to lubi.

I to w sumie tyle… Oj, życzcie mi lepszej passy, bo to, co się ostatnio dzieje, zakrawa już na karę boską za jakieś grzechy (no dobra, doskonale wiem za jakie, ale bez przesady, no kurde…).

Bez odbioru!

IV – z5pln

Cóż, jak pewnie dowiedzieliście z wieczorynki – dnia nie miałam zbyt uroczego. Rankiem były, rodem wręcz z piosenki, „czarny chleb i czarna kawa”, w towarzystwie (niestety nadal) nieodłącznego papieroska. Żołądek chyba już kompletnie skapitulował – byłam umiarkowanie głodna do czasu… No właśnie. Skapitulował też ząb, dolna ósemka, ukruszył się skur… i przy każdej próbie ugryzienia czegoś chociażby umiarkowanie twardego, jak kromka chleba, boli jak jasna cholera – boli tak, że mózg samą myśl o jedzeniu automatycznie kojarzy mi z potencjalnym bólem i pewnie dlatego przestałam być głodna niemal kompletnie. Szczęście w nieszczęściu, możnaby rzecz, aczkolwiek wolałabym najbliższy tydzień jechać o wodzie i ziemniakach, niż się męczyć do wizyty u dentysty… Powróciwszy do chałupy wsunęłam całe opakowanie pozostałego w lodówce serka Almette chrzanowego – nic innego w obecnej kondycji paszczowej nie nadawało się do spożycia, a zjeść coś jednak trzeba było.

Wczorajsze i dzisiejsze pieniążki, dokładnie 9,60 PLN poświęciłam na fajki – odrobinę jestem zła na siebie, aczkolwiek na samą myśl o zbliżającej wizycie u dentysty najchętniej odpalałabym papierosa od papierosa (czego, na szczęście, nie robię), także odrobinę czuję się usprawiedliwiona.

 

Z innej beczki – wrzuciłam, za namową chłopaków, nasz bieda-kącik na wykop.pl – i holy crap! Nie spodziewałam się, że reakcja będzie tak ognista, wykopalisko w ciągu godziny trafiło na główną. Tym, którzy nas wspierają – dzięki za wsparcie, a całej reszcie – cóż, haters gonna hate ;).

 

Bez odbioru!

Wieczorynka #2


Wieczorynka #2

Zapraszamy do posłuchania naszego wieczornego podsumowania dnia!

III – z5pln

Zauważyliście, że jedzenie na głodny pysk smakuje znacznie lepiej? Mam wrażenie, że mogłabym zjeść dziś byle gówno i smakowałoby równie wspaniale, jak moja dzisiejsza śniadanio-obiado-kolacja.

Otóż – miałam dziś wstać rano, gdyż miałam mocne postanowienie, żeby wstać wcześnie i zrobić sobie śniadanie – wygrało oczywiście moje lenistwo. Tym sposobem do 21:00 byłam o dwóch kawach i paru miętowych cuksach. W robocie film żem nagrała – ot:

Wróciwszy do domu, szybko zrobiłam, a jeszcze szybciej wsunęłam to:

Wiem, że wygląda jak luźne bełty, ale pyszne było, pyszne! Młode, już troszkę miękkawe z uwagi na okres leżakowania ziemniaczki z sosem z jajka, śmietany i sera żółtego. Wszystko powstało z zapasów lodówkowych.

Dziś wydane: 0 zł, 0 gr.

Pety jeszcze są.

Bez odbioru.

Wieczorynka#1


Wieczorynka #1

Zapraszamy do posłuchania naszego wieczornego podsumowania dnia!

II – z5pln

Rankiem ze smutkiem skonstatowałam, że kawa się kończy. Pluję sobie teraz w brodę, że kilka dni temu w przypływie kulinarnego szału postanowiłam 1/3 tego malutkiego słoiczka wykorzystać do tiramisu – zostałoby na 3, 4 kubki więcej… Zamiast kawy na pobudzenie organizmu do życia musiał wystarczyć lodowaty prysznic, kawę (dość paskudną, ale zawsze), wypiłam dopiero około 11:00, w pracy.

Około 14:00 żołądek, zalany jedynie marnej jakości kawą, zaczął marudzić. Marudzić coraz bardziej uparcie i natrętnie. Zaczęło mnie kusić, żeby wyskoczyć do pobliskiego sklepu po chociaż jakąś bułę i serdela… Piątaka w kieszeni uratowała na szczęście praca, od ciula wafla pracy – jutro szef przyjeżdża, toteż trzeba było ogarnąć cały ten pierdolnik, który się narobił podczas jego miesięcznej nieobecności. Żołądek na szczęście powoli zaczął kapitulować, chyba zrozumiał, że burczenie i zwijanie się w ósemki nie ma większego sensu, głód także nieco zelżał – poszło zaś niestety więcej petów, z wczorajszych trzynastu obecnie został mi jeden.

W drodze powrotnej do domu – pierwsze zakupy od wczoraj. Za wczorajszy i dzisiejszy przydział gotówki. Rachuneczek poniżej, paczka jeszcze nieruszona, w zasadzie kupiona bardziej z paniki, że w nocy nie będę miała już fajek i będę się przewracała z boku na bok, ewentualnie zeżrę wszelkie zapasy z lodówki, jakie mi zostały, usiłując zabić głód nikotynowy.

Po powrocie do chałupy około 19:00 przyszedł czas na pierwszy posiłek tego dnia. W założeniu miały być to dwa naleśniki ze szpinakiem, ale po otworzeniu paczki okazało się, że jedzonko poczyniło pierwsze kroki do ucieczki z mojej lodówki, mianowicie zaczęło się robić nieprzyjemnie śliskie i mało świeże. Także – że założyłam, iż żarcia nie będę marnować – były 4 naleśniczki, pokryte cienką warstwą majonezu. Plus na deser jogurt pitny Danone truskawka+banan, który miał być na dzisiejsze śniadanie, ale kompletnie o nim zapomniałam.

Zaczynam się robić głodna, ale do snu już niedaleko… Da radę wytrzymać. Jutro będę zmuszona wykombinować coś na bazie mleka, bo mam w lodówce jeszcze pełen karton, a – jak w przypadku naleśników, szkoda będzie wywalić. Może grzanki francuskie… ? No nic, obaczy się. Bez odbioru.