VIII, IX – z5pln

Wiecie co… ? Rzygam już pyzami, pierogami i tego typu garmażerką. No rzygam, patrzeć na to nie mogę. Właśnie wróciłam z roboty i spożywam kolejny dzień te pyzy z mięsem marki „Tesco”, tym razem wymazane majonezem i ketchupem, żeby chociaż trochę zmodyfikować ich monotonny smak. Zostało jeszcze kilka sztuk, ale, że tak się nieparlamentarnie wyrażę – pierdolę, będzie na kiedyś.

Wczoraj też były pyzy, ale, ale! Zostałam nawiedzona przez kumpla, który wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł na zutylizowanie ziemniaczków. Ziemniaczki zostały wrzucone na blachę do rozgrzanego piekarnika, bez żadnej folii i innych fanaberii, a później spożyte na gorąco z margaryną (masło drogie…) i solą. Fantastyczna sprawa!

Odnośnie wydatków – dziś zgrzeszyłam… Podczas pracy wyskoczyłam do pobliskiego spożywczaka i nabyłam dwie parówki z indyka (ohyda, jak się okazało) za 1,71 oraz (kajam się z wyprzedzeniem) czarne Frugo za 2 zł. Ooooch, pyszne było, tym bardziej, że obrzydła mi woda, herbata i robocza kawa.

Kwestia fajek – już nawet nie bardzo chce mi się palić… Szczęściem w nieszczęściu jest to, że przyczepił się do mnie jak rzep do psiego ogona szefuńcio ochrony obiektu, w którym znajduje się miejsce mojej pracy, obesraniec przychodzi codziennie i albo przesiaduje u mnie, rozsiewając mało przyjemny smrodek męskiego, starego potu i nie reagując na sugestie, że nie chce mi się z nim gadać, albo wyciąga na papierosa właśnie. Szczerze? Wolałabym zrezygnować z tych jego papierosów, byle tylko przestał mnie nachodzić.

Jutro będą warzywka, na pewno jakieś warzywka.

Bez odbioru.

II – z5pln

Rankiem ze smutkiem skonstatowałam, że kawa się kończy. Pluję sobie teraz w brodę, że kilka dni temu w przypływie kulinarnego szału postanowiłam 1/3 tego malutkiego słoiczka wykorzystać do tiramisu – zostałoby na 3, 4 kubki więcej… Zamiast kawy na pobudzenie organizmu do życia musiał wystarczyć lodowaty prysznic, kawę (dość paskudną, ale zawsze), wypiłam dopiero około 11:00, w pracy.

Około 14:00 żołądek, zalany jedynie marnej jakości kawą, zaczął marudzić. Marudzić coraz bardziej uparcie i natrętnie. Zaczęło mnie kusić, żeby wyskoczyć do pobliskiego sklepu po chociaż jakąś bułę i serdela… Piątaka w kieszeni uratowała na szczęście praca, od ciula wafla pracy – jutro szef przyjeżdża, toteż trzeba było ogarnąć cały ten pierdolnik, który się narobił podczas jego miesięcznej nieobecności. Żołądek na szczęście powoli zaczął kapitulować, chyba zrozumiał, że burczenie i zwijanie się w ósemki nie ma większego sensu, głód także nieco zelżał – poszło zaś niestety więcej petów, z wczorajszych trzynastu obecnie został mi jeden.

W drodze powrotnej do domu – pierwsze zakupy od wczoraj. Za wczorajszy i dzisiejszy przydział gotówki. Rachuneczek poniżej, paczka jeszcze nieruszona, w zasadzie kupiona bardziej z paniki, że w nocy nie będę miała już fajek i będę się przewracała z boku na bok, ewentualnie zeżrę wszelkie zapasy z lodówki, jakie mi zostały, usiłując zabić głód nikotynowy.

Po powrocie do chałupy około 19:00 przyszedł czas na pierwszy posiłek tego dnia. W założeniu miały być to dwa naleśniki ze szpinakiem, ale po otworzeniu paczki okazało się, że jedzonko poczyniło pierwsze kroki do ucieczki z mojej lodówki, mianowicie zaczęło się robić nieprzyjemnie śliskie i mało świeże. Także – że założyłam, iż żarcia nie będę marnować – były 4 naleśniczki, pokryte cienką warstwą majonezu. Plus na deser jogurt pitny Danone truskawka+banan, który miał być na dzisiejsze śniadanie, ale kompletnie o nim zapomniałam.

Zaczynam się robić głodna, ale do snu już niedaleko… Da radę wytrzymać. Jutro będę zmuszona wykombinować coś na bazie mleka, bo mam w lodówce jeszcze pełen karton, a – jak w przypadku naleśników, szkoda będzie wywalić. Może grzanki francuskie… ? No nic, obaczy się. Bez odbioru.